PRZEKLĘTY ZAMEK NA WZGÓRZU WISIELCÓW

Posted by in Bez kategorii

PRZEKLĘTY ZAMEK NA WZGÓRZU WISIELCÓW

W pobliżu Wolina, na lewym brzegu Dziwny, w miejscu, gdzie się łączy z Zalewem Szczecińskim, znajduje się Wzgórze Wisielców.

Z okolicą tą wiążą się liczne legendy i opowieści ludowe. Jeszcze na początku ubiegłego stulecia na południowym krańcu wzgórza stała olbrzymia szubienica, przypominająca o wyrokach, jakie tu wykonywano.

Wzgórze zwane było również Strasznym, ponieważ od wielu wieków opowiadano, że we wnętrzu jego znajduje się prastary zamek, którego mieszkańcy pokutują pod ziemią za swoje zbrodnie.

Nic dziwnego, że wzniesienie to zawsze napawało trwogą okoliczną ludność. Nie było śmiałka, który odważyłby się podejść do wzgórza Po zapadnięciu zmroku.

wzgórze wisielców

Pewnego dnia przybył do Wolina podróżny z dalekich stron. Wstąpił do karczmy i poprosił o kufel piwa. Był okrutnie znużony, chciał chwilę odpocząć i udać się w dalszą drogę. Nagle usłyszał tuż nad swoim uchem:

— A waćpan z daleka przybywasz ?

— Z Krakowa.

— O, to znużony już pewnie jesteś bardzo. Ale chyba już dzisiaj Pora na odpoczynek. Wszak noc zapada.

— A tak —mruknął pod nosem przybysz.

— Daleka jeszcze wasza droga?

— Na południe, wzdłuż brzegu rzeki, aż do Zalewu. .— Nie radzę wam iść po nocy.

— Ciekaw jestem dlaczego? Przecież zdążę przed północą.

—Bardzo wątpię. Po drodze trzeba przejść kolo Strasznego Wzgórza.

—To co! Nie lękam się niczego. Nic złego nie zrobiłem, a i grosza przy sobie nie mam, A więc i rozbójnicy nic mi nie zrobią.

— Ależ panie, wyście chyba zmysły postradali. W całej okolicy nie znajdziecie takiego śmiałka, który o tej porze odważy się pójść w kierunku tego wzgórza.

— Nie plótłbyś, waść, głupstw. Komu W drogę, temu czas! Starzec złapał za rękę podróżnego i zmusił go, by usiadł.

—Posłuchajcie, panie!  Przed wieloma  wiekami niedaleko  stąd stał olbrzymi zamek. Mieszkał w nim pan nad pany i bogacz nad bogacze, ale i skąpy okrutnie.

Żaden biedak nie otrzymał od niego jałmużny. Każdy, kto ośmielił się prosić o miskę strawy, szczuty był psami. A tymczasem pęczniały spichrze i spiżarnie bogacza. Nie było chyba rzeczy na świecie, której by nie miał. A klucze od swego skarbca powierzył swojej jedynaczce. Była to dziewczyna przecudnej urody, lecz zatwardziałego i nielitościwego serca. Nikt się temu nawet nic dziwił. Wszak od najmłodszych lat wychowywała się pod okiem swojego ojca.

Toteż dziewka od samego rana do późnego wieczora obchodziła cały zamek podzwaniając pękiem kluczy, zawieszonym przy szerokim pasie. Sama wydzielała żywność: suto dla panów zamku, a skąpo dla służby. Poddani więc przeważnie chodzili głodni, pomstując na młodą panią, że jest jeszcze gorsza od swojego ojca. Nieraz co odważniejszy udawał się do pana i skarżył się, że jest głodny i sił do pracy nie ma.

Wtedy panna obrzucała ich wyzwiskami:

— Pasibrzuchy, darmozjady, głodomory! Robić się wam nie chce myślicie tylko o jedzeniu i spaniu. Jak jeszcze raz poskarżycie I ojcu, to powiem, że nic nie robicie, i nie tylko jeść nie dostaniecie ale jeszcze po sto kijów wam się wymierzy.                                        .

Pewnego dnia dotrzymała swej  obietnicy. Pan zamku uwierzył słowom córki. Zawołał pachołków i kazał wychłostać kijami tych co przyszli prosić o jadło. Na próżno błagali o litość. Dziewczynę rozśmieszyły tylko prośby chłostanych. Śmiała się głośno i wesoło, naigrawała się z bitych do utraty przytomności. Wtedy jeden z maltretowanych, ich stary, wierny sługa, podniósł rękę ku górze i rzucił straszliwe przekleństwo:

— Bodaj was, wasze skarby i zamek pochłonęła ziemia! Bodaj nigdy wasze dusze nie zaznały spokoju!

Starzec wymówił swoje przekleństwo najwidoczniej w złą godzinę, bo zaledwie skończył, ziemia zadrżała, zerwała się straszliwa wichura, zrobiło się ciemno jak w nocy.

Jedynie błyskawice rozjaśniały ciemności, a silne grzmoty z hukiem przewalały się po niebie.

Kto żyw począł szybko uciekać z zamku. Na próżno ojciec i córka krzyczeli i prosili, chcąc zatrzymać swoich podwładnych. Gdy zostali sami, zamek zapadł się z hukiem pod ziemię, pochłaniając ich wraz z całym dobytkiem.

Pozostało wzgórze, na którym nikt nie chciał się osiedlić. Postawiono więc tam szubienicę i wieszano przestępców. Podobno w każdą burzliwą noc na samym szczycie wzgórza ukazuje się piękna panna i dzwoniąc olbrzymim pękiem kluczy nęci swymi wdziękami przechodzących podróżnych do podziemi, gdzie są ukryte ogromne skarby. Mówią, że tych, którzy ulegli, wciągnęła za sobą w głąb ziemi.

Starzec skończył swoje opowiadanie i ciężko odetchnął, jakby pozbył się zmory, która go dręczyła.

— To wszystko głupstwa, co ludzie prawią, mój dobry człowieku >— rzekł podróżny. — Ja właśnie specjalnie przybyłem w te strony, aby dostać się w głąb wzgórza po skarby, o których tyle się mówi.

— Ależ młodzieńcze! Czy jesteś aż tak szalony, by dla skarbów narażać swoje młode życie?

Nie martw się o mnie — odrzekł przybysz — zapewniam cię, nic mi się złego nie stanie, a w drodze powrotnej wstąpię do waszej karczmy, aby wam wyprawić ucztę za jeden ze zdobytych klejnotów.

Młodzieniec wstał, otulił się podróżnym płaszczem, roześmiał się beztrosko i zniknął w ciemnościach nocy.

Nikt od tamtej pory nie widział już młodego podróżnika.