rowerowa Portugalia

Posted by in Turkusowo rowerowo

Jest dwudziesty drugi czerwca, czarter którym lecę zawraca nad oceanem i zaczyna podejście do lądowania w Faro.

Roweru nie ma ze mną na pokładzie, postanowiłem że wynajmę go na miejscu, w lokalnej “rowerowni”.

Lądujemy punktualnie, o 20:20. Pierwsze co czuję – uderzające gorąco. Jest późno, słońce szykuje się do snu, ale upał jest niesamowity. Większość turystów zadowolona – ja się trochę martwię. Jak w taką pogodę kręcić kilometry?


Faro


 

Hotel znajduje się w miejscowości Portimao, około 2 godzin drogi od Faro. Autobus kluczy pomiędzy kolorowymi budynkami a ja zaczynam doceniać umiejętności kierowcy.

 


Portugalia rzeczy


 

 

Dzień pierwszy.

Wstaję rano i robię rowerowy rachunek sumienia:

Kask, mocne kremy (Nivea 30 i 50), Nawigacja z wgranymi trasami (Garmin 200), Telefon z mapami Offline (Galileo), PowerBank, karta kredytowa, kamera (GoPro), EKUZ, dodatkowe ubezpieczenie. Wszystko jest.

Zapinam rzepy w butach i schodzę do hotelowej recepcji.

Umówiłem się z wypożyczalnią na dostarczenie roweru na 12:00. Jest 12:20 a ja dreptam w moich SPDkach. Dzwonię. Nie ma jeszcze kierowcy? Spokojnie, spokojnie zaraz będzie.

Czekam jeszcze dwadzieścia minut i przyjeżdża młody Cristiano Ronaldo.

Jestem trochę zły, ale po raz pierwszy doświadczam portugalskiej Maniany.

Płacę 80 Euro (20 Euro za dzień wypożyczenia) i uśmiecham się gdy słyszę charakterystyczny klik wpinania butów w pedały.

Dostałem swoje 26 cali, które przez najbliższe 4 dni będą moim najlepszym przyjacielem.

 

 

Jedziemy.

Przez małe perturbacje w Polsce nie wziąłem połowy ciuchów. Postanowiłem że pierwszego dnia zrobię spokojną trasę: Portimao – Abufeira.

Pierwsze co – jadę oczywiście na plażę i no…właśnie. Jak dla mnie plaża jest nad Oceanem.


 

Lagos Portugalia


 

W Portugalii prawie nikt nie używa tego terminu. Dla nich wszędzie jest morze i nawet na znakach trzymają się tego nazewnictwa.

Mniejsza o większość i o semantykę. Plaże są przepiękne. Naprawdę, nie wiem czego Bóg poskąpił Portugalii, ale naturą naprawdę ją obdarzył. Zazwyczaj plaże są okraszone pięknymi skałami i przejrzystą tonią oceanu.

Plaza Portugalia

Wprawne oko dostrzeże pełno małych żyjątek: krabów, małży i innych zwierząt żyjących na plaży.

Piasek jest czysty i naprawdę gorący. Bardzo pali w gołe stopy.

 

Portimao.

Pierwszego dnia myślałem, że Portimao jest ładne. W miarę jak odkrywałem kolejne miejscowości weryfikowałem (in minus) swój pogląd.

Co jest charakterystyczne dla tego miejsca?

Bulwar przy plaży i rzeka dzieląca miasto na dwie części. O plaży nie wspominam, bo to tak jakby mówić, że bociany są charakterystyczne dla jakiejś polskiej miejscowości.


Stacja Benzynowa


 

 

Start.

Jest godzina 14:00 powoli i ostrożnie wyjeżdżam z Portimao, bo nie znam zwyczajów tutejszych kierowców.

Kieruje się na wschód. Niesamowity żar leje się z nieba, ale adrenalina nowego miejsca napędza mięśnie.

Kilometry mijają a ja z rozdziawioną gębą niczym dziecko w sklepie z zabawkami obserwuję krajobrazy.


 

Portugalia

Portugalia


 

Portugalia ma ten plus, że praktycznie na każdej główniejszej drodze są wyznaczone pasy dla rowerów, więc jedzie się naprawdę super. Jedyny problem to podjazdy,

których w ojczyźnie Vasco Da Gamy jest naprawdę sporo.

Po jakichś dwudziestu kilometrach zaczyna warczeć nawigacja i każe mi skręcać w drogę szutrową. Ok, jestem tutaj nowy, zaufam technologii. Zjeżdżam z asfaltu i podejmuję jedną z gorszych decyzji tego dnia.

Zaczynam jechać szutrem, kurz miesza się z potem i żarem lejącym się z nieba.

Co chwilę opona uskakuje na większych kamieniach a prędkość spada do 10km/h Zaczynam się wkurzać, ale spotykam takiego gościa, który momentalnie wywołuje uśmiech na mojej twarzy.

Kameleon

Kameleon(?)

 

 


Wybrzeze Lagos


 

 

Chwila odpoczynku i kręcę dalej. Dojeżdżam do centrum handlowego w Abufeirze, dokupuję kilka rzeczy i wracam wzdłuż linii brzegowej. Droga jest ciężka, miejscami tak wąska i kamienista, że muszę prowadzić rower.

 

Dzień drugi.

Jazda drogą ma dwa znaczące plusy: jest wygodniej (większość dróg jest betonowych) i jadąc mija się wiele rond. Co fajnego może być w rondach? A no fakt, że większość z nich jest pięknie przyozdobionych i wyglądają tak, jak na zdjęciach poniżej.

 


 

Rondo Portugalia


 

Wstaję rano, jem szybkie hotelowe śniadanie. I jadę dalej.

Zostaje mi ostatnie dwadzieścia kilometrów i zaczynam czuć, że odcina mi prąd, ale nie w sposób który znałem do tej pory.

Czuję jak pali mnie głowa i zaczyna mnie zbierać na wymioty. Schodzę z roweru chowam się w cień i wypijam pół bidonu wody zmieszanej z Isostarem.

Nie czuję, żeby pomogło. 20 kilometrów, około 40 minut pedałowania, dasz radę – kalkuluję sobie w głowie i próbuję się zmobilizować.

W końcu wstaję, wsiadam na rower i powoli zaczynam kręcić. Czuję się fatalnie, żar który leje się z nieba dodatkowo potęguje fatalne samopoczucie.

Dojeżdżam do najbliższej miejscowości, kupuję w sklepie solidną porcję arbuza i dodatkowy zapas wody.

Siadam pod drzewem i jak małe dziecko wcinam arbuza brudząc się przy tym niesamowicie. Zyskuję trochę energii, wsiadam i dokręcam do Portimao.

Plaza

W hotelu melduję się o 20. Szybki prysznic i idę na kolację.

Nie wiem jak Portugalczycy mówią na to, co jedzą po 20:00 ale klasyczna kolacja z pewnością to nie jest. Wielkością przypomina solidny polski obiad razy dwa.

 

Dzień trzeci.

Tej wyprawy bałem się najbardziej – wcześniej, w Polsce robiłem już 100 kilometrowe dystanse, ale w Portugalii 100 km jest dużo trudniej wykręcić.

Siedziałem przy śniadaniu i układałem sobie w głowie plan.

Jak to mówią mądrzy ludzi, słonia nie da się zjeść w całości, ale dzieląc go na kawałki spokojnie człowiek sobie poradzi.

Swojego słonia podzieliłem na 4 części – 25 kilometrów nie brzmi już tak strasznie jak 100km.

Pierwsze 25 kilometrów to podróż z Portimao przez Lagos.

 

Jest godzina 9, ruszam spod hotelu. Nawigacja szybko wyprowadza mnie poza miasto i hm..droga zaczyna być dziwna.

Jadę szutrową dróżką, a 50 metrów obok mnie biegnie autostrada. Dróżka powoli zamienia się w ścieżkę i nagle nawigacja pokazuje mi, że mam skręcić i przejechać pod autostradą.

Rzeczywiście, jest jakiś przejazd ale to jest kanał melioracyjny w którym płyną jakieś ścieki a dodatkowo całość jest zamknięta na 4 spusty.

 

Brawo Jasiu. Co dalej?

Mam w sobie taką dziwną przypadłość , że nienawidzę wracać. Mogę być 5 kilometrów od domu, ale jeżeli mam po coś wracać to po prostu mnie trzęsie.

Teraz też: mógłbym wrócić do Portimao i od nowa rozpisać trasę ale, nie. Jadę dalej.

Po jakichś 5 kilometrach pojawia się drugi wiadukt tym razem kolejowy. Nie powinienem, ale nawigacja wyraźnie wskazuje, że jestem mocno poza trasą. Z rowerem pod ręką i sercem na ramieniu przekraczam wiadukt.

Jestem pod drugiej stronie. Schodzę z nasypu i kontynuują trasę tak, jak nawigacja przykazała.

 

Etap II.

Najprzyjemniejsza część wyjazdu: po drodze mijam sady pomarańczy i winnice. Podziwiam niesamowite systemy irygacyjne, które stworzyli Portugalczycy.


 

Pomarancze Portugalia


 

Po chwili trasa robi się bardziej pusta, znikają miejscowości i widać tylko spaloną słońcem ziemię.

Czuję lekki niepokój, jestem sam a wkoło mnie ani jednej żywej duszy.

Uczucie niepokoju potęguje miejscowość przez którą przejeżdżam. Jest w niej niesamowita cisza, kilka domów i pustka.

Gdzieś między opuszczonymi budynkami hula wiatr i jedyne co słychać to tarcie moich butów o kamienie.

Przy ulicy widać starą tablicę informacyjną i resztki komunikatów.

Co stało się z tą miejscowością? Zapewne emigracja do większych miast lub kryzys gospodarczy.

Później widziałem jeszcze wiele opuszczonych budynków.


Opuszczona Portugalia


 

Zwieńczeniem jest dojazd do przylądka św. Wincentego – najbardziej wysuniętego na północ miejsca Europy.

 


Sao Wincente


 

Siadam sobie na jego krańcu i myślę jak to wszystko wyglądało w czasach średniowiecznych: kiedy ludzie myśleli, że jest to kres znanego im świata, nikt nie wiedział co dzieje się po drugiej stronie wielkiej wody.

Przylądek zwany jest również przylądkiem ciepłych gaci a to ze względu na fakt, że mieszają się tutaj zimne i ciepłe prądy morskie.

Sam miejsce było również świadkiem kilku bitew morskich a jedną ze sławniejszych była ta z 16 stycznia 1780 roku nazwana bitwą przy świetle księżyca (Monlight Battle) czy bitwa z 14 lutego 1797 roku.

 

Dzień trzy.

Wieczorem okazuje się, że łapię gumę. Wypożyczalnia dostarczyła mi zestaw naprawczy, łatam dętkę i idę spać.

Rano okazuje się, że łatanie w ogóle nie zdaje rezultatu. Na szczęście w pobliżu hotelu jest Decathlon. Jadę tam szybko, wymieniam dętkę i…no właśnie co dalej? O 15:00 mam oddać rower, jest praktycznie 12:00.

Miałem jechać do wyszukanej jaskini Benagil, ale czy warto może odpuścić i pokręcić się po Portimao? Nie. Jadę. Szybko okazuje się, że podjąłem najlepszą decyzję tej wyprawy.

Trasa jest dość krótka: 34 kilometry, nie jest specjalnie trudna, chociaż ma w sobie kilka podjazdów.


 

Jaskinia Benagil


 

Melduję się na plaży, wpływam do jaskini i widok prawie ścina z nóg. Siadam sobie, odpoczywam chwilę i wracam na plażę. Piję portugalskie piwo i spokojnie wracam do Portimao.

O 17 z lekkim poślizgiem oddaję rower i tym samym kończę swoją portugalską przygodę. Na deser została ostatnia przygoda – wyprawa na ryby i spotkanie z delfinami.


Ryby w Portugalii

 

 

 

Lagos

Lagos