O zakopanym dzwonie i dzielnych rycerzach Bogusława I.

Posted by in Bez kategorii

O zakopanym dzwonie i dzielnych rycerzach Bogusława I.

Noc rozkrwawiła się łuną. Czerwony blask narastał w południowej stronie, intensywniał i rozlewał się coraz szerzej.

Lutkowo bb

Dostrzegły go straże na wałach Starego Tarnowa (najprawdopodobniej obecnie stare Tarnowo to obecnie Tarnowo). Uderzono na alarm. Na plac przy czatowni biegli zbudzeni mieszkańcy miasta, mężowie, niewiasty, młódź niedorosła.

— Przemoczę gore! — poniosło się po tłumie.

— To nie jest zwykła pożoga.

— Zali wróg kraj najechał?

— Ani chybi wojsko margrafa! Brandenbury!

— Jeszcze przed jutrznią tu staną. Trza im dać odpór.

— Nie zajdą nas znienacka!

— Na wały! Na wały!

Kasztelan Dobiesław wezwał starszyznę grodową. Spiesznie rozdzielono zadania. Gdy rada i rycerze opuszczali dwór, przywołał młodego Barcza.

— Gnaj co koń wyskoczy do Goleniowa! Nie tajno mi, iż stoi tam książę Bogusław. Trza mu dać znać o napaści.

Rzeknij, coś widział: Przemoczę gore, my gotowi do obrony. Nie znamy, jak silna drużyna margrafa. Nie czas wszakże minie, by wieść tę zyskać. To jedno masz obwieścić, że miasta nie damy. Póki żywota!

Skinął ręką, że to już wszystko i że czas ruszać.

— A nie jedź sam! — krzyknął za odchodzącym. — Zda się wziąć paru co lepszych druhów. Świt niedaleko, nie Iza, by was ubili.

Nie zbiegło dwa pacierze, jak piątka konnych stanęła przed bramą. Utworzono im szybko i jeszcze prędzej zamknięto za ostatnim. Rwali pełnym galopem. Wkrótce las zakrył za nimi blaski pochodni płonących na wałach miasta.

O pierwszym brzasku wyjechali z puszczy. Goleniów było widać jak na dłoni. Podjechali ku wałom od strony gródka nad Iną. Opowiedzieli się gwałtownym głosem rogu. Dźwierza uchyliły się bez zwłoki.

Na dziedzińcu ogarnął ich wesoły gwar. Plac wypełniali rycerze, sokolnicy, giermkowie, służba dworska. Niektórzy dosiedli już rumaków, inni gwarzyli z ożywieniem o czekających ich łowach i chwalili się dawnymi przewagami. Tu i ówdzie buchała kaskada śmiechu. Ujadały psy, trzymane na uwięzi przez pachołków. Brzęczała broń. Z okien wychylały się niewiasty żegnając myśliwych uśmiechami, wzrokiem i gestami rąk.

Na widok starotarnowian gwar przycichł. Wszyscy zwrócili się z ciekawością w stronę gości, przybywających o tak dziwnej porze.

— Prowadźcie do księcia! — wyrzucił Barcz zdyszanym głosem. —- A bystro! Pilną wieść przynosim.

— Nie trza prowadzić — zabrzmiał głos w drzwiach dworu. Wyrosła w nich wysoka sylwetka w stroju łowieckim.

— Gadajcie, w czym rzecz! Słucham. Zeskoczyli z koni i pochylili się w pokłonie.

— Brandenbury w granicach, mości książę — słowa płynęły szybko, napierały na siebie. — Spalili Przemoczę, może i inne sioła. Ninie pewnikiem biorą już Stare Tarnowo. Imć  Dobiesław kazał rzec waszej miłości, że będzie trzymał gród do ostatniej krwi, przecz nie wie, zali długo wydzierży.

Książę spojrzał badawczo.

— Niemiec pod Starym Tarnowem, powiadasz ? Trudno dać wiarę. Zaprawdę… — zamyślił się. — Przecie insze grody strzegą dostępu. Stargard, Pyrzyce, Gryfino. Jakim sposobem mógł margraf dojść aż tutaj, w głąb puszczy?

— Pewno wataha jakowaś się przedarła, wasza miłość — nachylił się ku władcy kanclerz dworu.

—*Wataha? Może to być. Za się mniemam, iż to więcej znaczy — dodał drugi urzędnik książęcy. — Czy za nią większa siła nie postępuje? Może już i tamte grody w opresji…

Bogusław przeniósł wzrok na dziedziniec. Oczy mu zabłysły.

— Jedziem na łowy, mili towarzysze! — zawołał. — Ino nie na leśnego zwierza. Ruszajcie migiem po pawęże i zbroje. Nie damy czekać na  odsiecz tym, co już leją.

Wśród zgiełku i bieganiny kanclerz znów pochylił się ku księciu.

— Zważ dobrze, miłościwy panie. W nie lada tarapaty możem popaść. Zdałoby się wprzód pchnąć podjazdy, wywiedzieć się, co i jak.

Bogusław pokręcił głową.

— Wyzwolim z opresji Stare Tarnowo, to i na podjazdy czas przyjdzie. Nie pora zwlekać, gdy sukurs pilny!

 

 

Przyprowadzono wierzchowca. Z budynków wybiegali rycerze, spiesznie dopinając zbroje. Giermkowie podawali im miecze już na konie. W pośpiechu wkładano hełmy.

OKpa dworu opustoszały, niewiasty wybiegły na dziedziniec. Wygasły uśmiechy, stężały spojrzenia. Wiadomo, nie każdy powróci. W większości sądzono ostać w kniei, nad brzegami rzek, na łęgach dalekich, w miejscach toczących się bitew.

Kanclerz dosiadł konia i podjechał ku księciu.

— Narażacie swą osobę, wasza miłość — szepnął.

— Mój kraj jest zagrożony, moi ludzie giną — usłyszał w odpowiedzi. — Jam nie kunktator… Jedziemy, mości panowie!

Zatętniły głośno kopyta na moście. Długi orszak rycerski mknął w stronę puszczy.

Starli się wręcz tuż za przeprawą przez Inę. Rozległe łąki nadrzeczne pozwoliły jednym i drugim dojrzeć z oddali zbliżających się przeciwników.

Żołnierze margrabiego zerwali konie do galopu, ale nie zdążyli nad brzeg przed przejściem rycerzy pomorskich na drugą stronę rzeki.

Walczono na wrzosowisku, którego barwy rozelśniły się krwią padających z -koni, tratowanych.

Krótko trwała bitwa. Nie wytrzymali Brandenburczycy impetu przeciwnika. Nie dziw. Na odsiecz Tarnowa ciągnął przecież orszak przyboczny księcia — mistrzowie w sztuce szermierczej, godni towarzysze młodego władcy, najlepsi z najlepszych. Nierówny był też zapał bojowy dwu stron walczących. Bogusławowi nacierali z wściekłością, owładnięci żądzą pomsty za zdradziecką napaść. Nie mogły długo im się opierać szyki wroga. Rozłamały się, skłębiły. Zaczął się odwrót.

Trupy ścieliły się teraz wzdłuż drogi leśnej, którą ścigano szczątki watahy. Jedni i drudzy dobywali resztek sił z utrudzonych koni.

 


Pokaż Pomorskie Legendy na większej mapie

 

Pomorzanie gnali naprzód z jedną myślą: aby prędzej do Starego Tarnowa, aby zdążyć! Może broni się jeszcze oblężone miasto?

Wreszcie pojaśniało na drodze. Przez rozrzedzające się drzewa przenikało coraz więcej słonecznych promieni. Przed drużyną nie było już uciekających Niemców. Ci, którzy nie dali głowy pod miecz, pozeskakiwali z koni i ukryli się w lesie. Nie szukano ich. Wszystkimi siłami naprzód, do Starego Tarnowa!

Dopalały się ostatnie bierwiona dworu kasztelańskiego, gdy odsiecz wjeżdżała do miasta. W rozwalonej bramie natknięto się na pierwszych żołnierzy margrafa. Inni kupami chodzili wśród zgliszcz, obdzierając zwłoki i dobijając rannych. Na widok odsieczy rzucili się do koni. Za późno! Wycięto ich błyskawicznie.

Książę ruszył w stronę dworu. Przed wejściem leżały spiętrzone trupy obrońców i szturmujących. Skądś, z ruin dobiegł jęk rannego. Bogusław skinął, aby go podniesiono i wzięto w opiekę. Jechał dalej w milczeniu na czele zmartwiałego orszaku.

Nie było już miasta. W popielisku leżały domy bogaczy i chatki biedoty staro tarnowskiej, ogień pochłonął kramy i składy, zwęglił kościół i wieże czatowni. Tylko wały zataczające krąg wokół dymiącego rumowiska wskazywały, że do niedawna było to miasto obronne.

— Spójrzcie, nawet dzwon stopił się w ogniu — usłyszał książę za sobą. — Śladu nie ma po nim. Tyli dzwon!

— Prawie gadasz — odpowiedział drugi głos. -— Zasię jak to być może ?

Bogusław wzdrygnął się. Powrócił ku pamięci obraz sprzed kilku lat. Na nowej wieży starotarnowskiej fary zawieszano potężny dzwon. Przybył na tę uroczystość, bo wyznaczono ją na dzień świętej Anastazji, patronki jego żony, córy Mieszkowej. Gdy zabrzmiały pierwsze głębokie dźwięki spiżu, Nastka nachyliła się ku niemu i powiedziała: „Ten dzwon będzie płoszył nie tylko czarty, ale i wszystkie niebezpieczeństwa, jakie zagrażają naszej krainie. Czuję to. Nie upadnie księstwo, dopóki słychać będzie ten śpiew potężny”. Uśmiechnął się wtedy. Co ma dzwron do losów księstwa? Ale pomyślał, że dobrze będzie powtórzyć te słowa zgromadzonym. Uczynił tak. A teraz — czemu spochmurnieli jego rycerze?

Czyżby przypomnieli sobie również tamte słowa?

Nie zabrzmi już ten dzwon… A zatem — co z księstwem ?

 

Lutkowo

 

Podania różnie tłumaczyły zaginięcie dzwonu. Na ogół mówiono, iż nie uległ on stopieniu, lecz zapadł się pod ziemię łub zakopano go widząc, że wały nie wstrzymają naporu atakujących. Dodawano przy tym, że od tej pory zaczął się nieszczęśliwy okres dla księstwa Gryfitów.

Bogusław I został zmuszony do złożenia hołdu lennego cesarzowi, a w kilka lat potem — królowi duńskiemu. W wielkiej bitwie morskiej uległa zniszczeniu wspaniała flota książęca, panująca do tej pory na Bałtyku. Potem przyszły bratobójcze walki, rozpoczął sio napływ obcych kolonistów; wojska najeźdźców tratowały ziemię pomorską, a morowe powietrze i głód dziesiątkowały ludność. Wreszcie wymarł ród książęcy Gryfitów, zniemczyli się mieszkańcy miast. W

długiej i upartej walce z przemocą trwał jeszcze przez kilkaset lat lud pomorski. I wreszcie u schyłku XIX wieku, na łące koło wsi Lutkowo, zbudowanej w pobliżu dawnego grodu starotarnowskiego, dokonano niezwykłego odkrycia.

Jeden z pasterzy, który zapuścił się na mokradła w poszukiwaniu wierzbowej witki, dojrzał jakiś metalowy przedmiot, wystający z trawy. Cóż to być mogło? Garnek, nie garnek, może jakiś kocioł z niezłego metalu? Kto by jednak przyniósł zepsute naczynie na to odludzie? Można było wyrzucić je bliżej, nie nakładając drogi.

Zaciekawiony zbliżył się do tajemniczego naczynia i spróbował je wyciągnąć. Ani drgnęło.

— Mocno siedzi — szepnął i zaczął odgrzebywać otaczającą je wilgotną ziemię. Zajęty tą pracą zapomniał o stadzie, którego miał strzec. Ogarnęła go gorączka odkrywcy.

— A może to skarb ? — przebiegło mu przez głowę.

Zdarzało się, że właśnie tutaj znajdowano w ziemi jakieś narzędzia prostego kształtu, misterne wisiorki z metalu i bursztynu, skorupy glinianych urn. Raz nawet ktoś wygrzebał drobny pieniążek ze szczerego srebra.

Nie była to zwyczajna łąka. Nazywano ją nawet dziwnie: „Stare Tarnowo”, a bajarze opowiadali, że rośnie na miejscu, gdzie wznosiło się kiedyś miasto, dawno, wtedy, gdy nie było jeszcze ani Lutkowa, ani pobliskiego Tarnowa czy Tarnówka.

Do tej pory nie wierzył w te zmyślenia, ale teraz? Pomyślał, że może coś być z prawdy w tych gadkach. Przecież i głosy różne odzywały się tu raz po raz spod ziemi, osobliwie nad wieczorem.

Czyżby jemu przypadło właśnie odkryć skarb schowany przez dawnych mieszkańców ? Więc będzie bogaty, bardzo bogaty… Co tam bydło! Nie zginie. Co mu gospodarz! Sam stanie się gospodarzem całą gębą. Niestrudzenie drążył rów wokół dziwnego przedmiotu. Zmierzch zapadł, a do końca było daleko.

— Trzeba będzie jutro cichaczem przynieść łopatę — zdecydował

— rękami nie dam rady.

Wstał, otrzepał się z błota, spędził krowy i ruszył do wsi podśpiewując pod nosem.

— Głupi! — powitała go gospodyni. — Do nocy pasł bydlęta, utapłał się w błocie jak nieszczęście i jeszcze se podśpiewuje.

— Zawdy gadałem, że przygłup i nic więcej — potwierdził małżonek.

Pasterz uśmiechnął się. Niech mówią, że głupi. To i lepiej. Nie dojdą, czemu wesół. A gdy mu się uda ze skarbem, obaczym, kto głupi!

Przez całą noc nie zmrużył oka. O świcie nie musiano ściągać go z pościeli. Zerwał się, zaledwie pierwsze blaski dnia położyły desenie okien na podłodze. Popędzając senne, ociężałe krowy, ukrywał łopatę pod płachtą narzuconą na ramiona.

Praca poszła teraz o wiele prędzej. Na powierzchni okopywanego przedmiotu ukazały się jakieś znaki, pewno litery.

— Gdybym umiał czytać… — pożałował. — E, głupstwo, co tam!

— pocieszył się zaraz. — Grunt, co jest w środku.

Szybko odrzucił ziemię. I nagle stanął jak wryty. Poznał. Toż to nie żadna skrzynia żelazna, a dzwon, wielki, stary dzwon wrośnięty w mokrą łąkę. Co tchu pognał do wsi. Przeminęły nadzieje, trudno, ale co za odkrycie! Niech się dowiedzą wszyscy, że to on znalazł, on zwany niedojdą, głupkiem, ciemięgą.

Wieść niosła się szybko. Z chat i pól zbiegali lutkowianie, aby przyjrzeć się znalezisku. Zaroiło się na łące. Kilku najtęższych chłopów próbowało wydobyć dzwon. Na próżno! Zaprzężono więc konie, najpierw dwa, potem cztery. Nawet się nie ruszył. Gdy wzięto się za łopaty, zaczął zapadać się głębiej. Odrzucono je na bok. I wtedy z tłumu wystąpił jeden z mieszkańców pobliskiego Tarnowa.

— To nie jest zwykły dzwon — powiedział. — Może ciąży na nim jakieś zaklęcie. Konie i narzędzia nie dadzą rady. Trzeba inaczej! Pozwólcie — zwrócił się do mieszkańców Lutkowa — że teraz my spróbujemy.

Na łące byli już chyba wszyscy mieszkańcy i tamtej wsi.

— Podejdźcie bliżej! —wezwał, nie słysząc sprzeciwu ze strony lutkowian. — Wszyscy: chłopy, baby, starcy! I wy, dzieciuchy, także! Bierzcie za liny!

Czemu nie spróbować? Chętnie słuchano rozkazów. Metalowy kształt zaczął wychylać się z ziemi lekko, bez oporu. Wielki był. W żadnym z okolicznych kościołów takiego nie widziano. Duma wezbrała w sercach tarnowian. Lutkowianie patrzyli z nieukrywaną zawiścią. Co mieli jednak rzec? Sam los tak zrządził. Kto wyciągnął, ten niech zabiera.

Załadowano zdobycz na dużą platformę i przewieziono do Tarnowa, gdzie wisi do dziś w miejscowym kościele.

Po wiekach sprawdziły się słowa księżnej Anastazji. Majestatyczne dźwięki średniowiecznego dzwonu, biegnące nad polami, wieściły bliskie już wyzwolenie Pomorza. Minęły 44 lata następnego stulecia i przyszedł czas ucieczki najeźdźców. W marcu 1945 roku w Tarnowie pojawili się żołnierze z polskimi orłami na hełmach.

Szli przez łąki tarnowskie o zmierzchu, z bronią gotową do strzału. Gdzieś za lasem przewalał się głuchy jęk kanonady, lecz tu opary mgielne podnosiły się jak zwykle w nastroju godziny przedwieczornej.

— Widzisz, Magda — powiedział do jasnowłosej dziewczyny Pietrek, robotnik przywieziony tu aż spod Zamościa, wczorajszy niewolnik, fornal w pobliskim junkierskim majątku. — Idą już nasi. Nie trzeba będzie dłużej się ukrywać.