O Regalickim wodniku, pokoje Międzywodzie

Posted by in Bez kategorii

O Regalickim wodniku

Nocą   księżycową  wychodził  z  nurtów  rzeki wodnik.

Srebrzysta poświata kładła się na seledynie wodorostów oplatających jego ramiona i biodra.

Z rozstrzępionej czupryny, sterczącej na wszystkie strony, spływały krople wody.

wodnik aquarius Międzywodzie

Małe, nieruchome oczy lśniły zimnym blaskiem. Stąpał powoli, sztywno stawiając żylaste nogi i wyciągając przed siebie chude, muskularne ręce, zakończone szponami zakrzywionych palców. Straszny był. Gdy w oddali zamajaczyła się jego wysoka sylwetka, mieszkańcy Dąbrowy gasili ognie i pogrążeni w ciemności nasłuchiwali trwożnie odgłosów miarowego stąpania.

Wodnik krążył dookoła wsi.

Biada temu, kto odważyłby się szepnąć choćby jedno słowo, westchnąć lub głośniej poruszyć się na posianiu. Pan Regalicy słyszał każdy szelest, nawet najcichszy. Starzy ludzie opowiadali, jak to ongiś porwał ze środka wsi Krzywego a innym razem kowala Szczota, nie mówiąc już o tych, co nie zdążyli wrócić do wsi przed zapadnięciem nocy. Nikt  nie  wiedział,  co   się  stało   z   porwanymi.  Przypuszczano, że Wodnik zabrał ich ze sobą na dno rzeki.

O Regalickim Wodniku Międzywodzie

Nigdy nie odnaleziono żywych ani zmarłych. – Trzyma nieboraków w swoim królestwie — mówiono.

— On  stamtąd i topielca nie wypuści. Lepiej  się nie narażać na jego gniew. Noc księżycowa to pora dla niego, nie dla nas. Niech se ta chodzi po rozłogach i mokradłach.

Pomimo że od bardzo dawna nikt nie dostał się w łapy regalickiego pana, przestrzegano obowiązku zachowania ciszy w chwili, gdy na moczarach rozlegało się coś, co przypominało odgłosy kroków. Coraz mniej jednak wierzono, że to wiąże się w jakiś sposób z wodnikiem i że zielony potwór w ogóle istnieje.

Aż stało się coś, co zmąciło znów spokój nad brzegiem wielkiej rzeki. Pewnego sierpniowego popołudnia trzy dorodne córki Dąbka, rybaka mieszkającego na skraju wsi, poszły w las na jagody.

Gdy słońce zaczęło chylić się ku wzgórzom po drugiej stronie rzeki, przerwały zbieranie i ruszyły z powrotem ku wsi. Na skraju Tywińskiego Boru spotkały Bolka, żeglarza, który wraz ze swymi braćmi nieraz zapuszczał się na samotnej łodzi aż ku Szczecinowi.

Zagadali do siebie. Młodzieniec przekomarzał się z dziewczętami, że tak mało uzbierały. One odpowiedziały ze śmiechem, że i on niewiele niesie z łowów.

— Niewiele? — odrzekł pytaniem. —Ano, to chodźcie ze mną! Poszły zaciekawione. Pod wielkim dębem na polanie leżało cielsko ogromnego tura. Pochylali się nad nim bracia Bolkowi.

— Trzeba będzie zwierza tu zostawić. Nie uciągniem go przed nocą do osady — powiedział Jarogniew. — Wiecie co, dziewki, wykrójcie sobie i zabierzcie, ile uniesiecie z mięsiwa.

— To lepsze niż te wasze borówki — dodał Swiatosław.

Ochoczo zabrały się do pracy. Nawet nie spostrzegły, jak pociemniało, i dopiero gdy razem wyszli z boru, Bogna zawołała przestraszona:

— Patrzcie jak późno! Chodźmy prędzej!

— Prędzej? A po co?— udał zdziwienie Bolko.— W miłym towarzystwie nigdzie nie spieszno.

—  A może boicie się wodnika? — dodał Jarogniew. — No, przyznajcie się, trwoga was oblatuje przed owym straszydłem?

—  Ja bym go nawet teraz chętnie obaczył — zażartował Swiatosław.

—  To zawołamy, dobrze? — zakończył Bolko i mimo protestów przestraszonych dziewcząt, zaczął głośno wzywać pana Regalicy. Po chwili zawtórowali mu obaj bracia.

 

Dąbrowa, Regalica, Międzywodzie

I wtedy rozległ się przenikliwy szept Miłki:

— Słyszycie? On już idzie… idzie… tu…

Umilkli wszyscy i stanęli jak wryci. Od strony rzeki płynął powolny rytm kroków. Przecinał im drogę powrotną do wsi. Zbliżał się, wyraźnie.

— To  on — szepnęła Bogna — to   on!  Co teraz będzie z nami?

— I słyszał, pewno wszystko słyszał. On nie daruje!

— Wracajmy do lasu…

— A tam cię nie znajdzie?

Tymczasem kroki zaczęły się oddalać. Echo ich zatoczyło wielki krąg, dotarło do Góry Spotkań i znów było coraz bliższe, głośniejsze. Nocny wędrowiec zachodził ich od tyłu. Wszyscy odwrócili się prawie jednocześnie. I zobaczyli go tuż przed sobą.

Wysoki jak sosna, o rękach dłuższych od wioseł, wsparty na rozkraczonych nogach spoglądał na nich zielonymi iskierkami oczu. Dziewczęta cofnęły się o krok, chciały zbić się razem, nie zdążyły. Padło na nich spojrzenie wodnika, i od razu znieruchomiały.

Bolko ujął włócznię w obie dłonie. Poskoczył ku potworowi. Jego bracia chcieli iść mu w sukurs. Chwycili drzewca toporów i ruszyli w stronę wodnika.

Przeminął niedawny lęk. Teraz mają przed sobą wroga. Wszystko jedno, kto on. Trzeba bić, pokonać lub dać głowę. Rzecz łowcy, rzecz rycerza i żeglarza. Nie nowina!

— Trzymajcie się szerzej! — krzyknął Bolko.— Bo zmiecie nas wszystkich jednym ciosem!

Błyskawicznie utworzyli szerokie odstępy. Wodnik jeszcze stał nieruchomo, patrzył i nie mógł uwierzyć. Jak to?

Te śmieszne, małe istoty, zwane ludźmi nie uciekają od niego, stają z nim oko w oko. Wygląda nawet, jakby chciały walczyć. Z nim! To się jeszcze nie zdążyło! Co za zuchwalstwo!

Wtem poczuł uderzenie w pierś. Oszczep ciśnięty przez Bolka ugrzązł między żebrami. Wodnik wydarł go z ciała i odrzucił. Trysnęła z rany zielona, zgniła krew. Junak odskoczył w samą porę. Krople wrzącej posoki upadły na krzak rosnący w pobliżu. Zasypało.  Liście krzewu okręciły  się  i   opadły  na   ziemię,  wyschnięte, martwe. Wodnik podniósł prawicę, aby uderzyć nią młodzieńca. Ręka wyprężyła się do ciosu i nagle zwisła martwa pod ciosem rozgniewanego topora. I wtedy przeleciał kamień rzucony przez Światosława. Trafił olbrzyma w oko, raniąc boleśnie źrenicę.

Struchlałym dziewczętom i rozognionym walką żeglarzom ukazał się niespodziewany widok: cień potwora zgiął się, skurczył i malał stapiając się z tłem nocy.

Potem zakotłowało się, biały tuman mgły rozlał się z tego miejsca wśród mroku. Słychać było oddalające się szybko odgłosy kroków, stęknięć i upadków. Poturbowany i ogarnięty trwogą wodnik uciekał do swej siedziby.

Nagle rozległ się potężny chlupot. I cisza. To pan regalicki ukrył się na zawsze w głębi wody. Nigdy już nie usłyszano jego powolnego, głośnego stąpania po mokradłach nadbrzeżnych. Nigdy już ani Dąbrowa, Żabnica, ani Krajnik nie zamierały w trwodze, ciszy i ciemności.

 

wodnik aquarius Międzywodzie

 

Nazajutrz po walce cała osada poszła obejrzeć miejsce, gdzie stoczono bój z wodnikiem. Ślady były jeszcze bardzo wyraźne. Ktoś zaproponował, aby posadzić tu siedem drzew: trzy w jednym rzędzie, blisko siebie — tam gdzie stały struchlałe dziewczęta, trzy w większych odstępach w drugim rzędzie — na pozycjach, jakie zajęli w czasie walki zwycięscy młodzieńcy. Naprzeciw pozycji Bolka posadzono jeszcze jedno drzewo — samotne, w trzecim rzędzie.

Trzeba było tylko zasypać przedtem głęboki dół, jaki utworzył się tu pod ciężarem miotającego się straszydła. Każde drzewo otrzymało imię wzięte od bohaterów tej klechdy: Wodnika, Bogny, Miłki Sławy, Jarogniewa, Bolka i Światosława.

Do dzisiejszego dnia na skrzyżowaniu ulic Wodnej i Bolesława chrobrego w Gryfinie, mieście, które wyrosło ze starej wsi rybackiej zwanej   Dąbrowa,  stoi  siedem lip  przypominających   to  podanie.

Gryfino dworzec Międzywodzie

Autor: Marzenna Rzeszowska